- Kiedy przeczytałam w poprzednim numerze „Nowin” opowieść o traumatycznych przeżyciach byłej pracownicy Przedszkola nr 10 kierowanego przez dyrektor Sylwię Wardakas miałam wrażenie, że opisaliście moją historię. Ja też nie mogę milczeć, bo do dzisiaj łzy mi płyną jak pomyślę o tym, co mnie tam spotkało! – mówi pani Zdzisława.
Na baczność przed dyrektorką
Pani Zdzisława została przyjęta do pracy w Przedszkolu nr 10 jeszcze przez poprzednią dyrektor tej placówki. Był rok 2017. Kobieta rozpoczęła pracę w momencie, gdy przedszkole znajdowało się jeszcze w starej siedzibie. – Byłam pomocą nauczyciela. W 2019 nowa dyrektor – pani Wardakas nie przedłużyła mi umowy, bo musiałabym zostać zatrudniona na stałe. Byłam wtedy dwa lata przed emeryturą, a ona powiedziała, że potrzebuje „młodej kadry”. Znalazłam jednak zatrudnienie w innym nyskim przedszkolu, gdzie przepracowałam trzy lata dłużej niż musiałam. Po prostu po traumie zatrudnienia w „Dziesiątce” znalazłam się jakby w innym świecie – wszyscy byli dla siebie mili, dyrekcja wspaniała, można było rozmawiać z innymi pracownikami, pomagałyśmy sobie nawzajem. Do dzisiaj dzieci, kiedy je spotykam na ulicy, a które tam poznałam krzyczą z daleka: „Nasza pani Zdzisia!”. Trochę jednak trwało zanim przyzwyczaiłam się do „dobrego”. Proszę sobie wyobrazić, że przez długi czas stawałam na baczność kiedy przychodziła moja nowa pani dyrektor. Ona to zauważyła i prosiła, żebym się uspokoiła, że jest bardzo zadowolona z mojej pracy. – wzrusza się nasza rozmówczyni.
Umowa inna niż zakres obowiązków
To, co spotkało panią Zdzisławę wcześniej – kiedy była pracownicą podległą dyrektorce Wardakas - określa słowem „horror”. – Dostałam polecenie znoszenia zabawek, talerzy, sztućców innego sprzętu do piwnicy starego budynku przedszkola. Myślałam, że to wszystko zostanie gdzieś przekazane, bo przecież to były dobre przedmioty, które mogły jeszcze komuś posłużyć. Tymczasem to wszystko zostało… zakopane w ziemi przy nowym przedszkolu. Bo w nowym przedszkolu wszystko musiało być nowe… - twierdzi kobieta.
Od przeprowadzki do nowego przedszkola pani Zdzisława przestała być pomocą nauczyciela, a została sprzątaczką. - Stało się to z woli pani dyrektor, bo umowy mi nie zmieniono - dodaje. Pani Zdzisława pogodziła się z tym faktem, ale do końca zatrudnienia w „Dziesiątce” nie mogła się pogodzić ze sposobem w jaki była traktowana przez dyrektorkę. Nie sposób wymienić wszystkich przykładów. - Np. sprzątałam dane pomieszczenie, a ona przychodziła, pokazywała na zegarek i mówiła, że za długo to robię. Po prostu mnie poganiała. Innym razem posprzątałam toaletę damską, a ona przychodzi do mnie za godzinę, woła mnie do tego pomieszczenia i podnosi głos, że kran jest nieumyty, bo na nim były ślady wody! Jeśli coś się użytkuje to przecież to naturalne, że tak się dzieje. Każdy musiałby za sobą ścierać, żeby tego zacieku nie było widać. Ja za to usłyszałam, że… powinnam odkupić baterię!
Innym razem kazała mi sprzątać… w biurkach nauczycieli. Ja się temu sprzeciwiłam, bo przecież tam też mogły znajdować się prywatne przedmioty. Nie zrobiłam tego, ale mój sprzeciw został przez dyrektorkę zapamiętany – dodaje.
Wiele opisów poleceń wydawanych pani Zdzisławie przez Sylwię Wardakas pokrywa się z opisami pani Alicji, innej byłej pracownicy „Dziesiątki” (artykuł na podstawie jej słów ukazał się w poprzednim numerze „Nowin), tzn. usuwanie liści wokół budynku bez względu na porę roku – także tych zamarzniętych, czy mycie okien w pełnym słońcu do skutku, czyli do idealnej czystości.
Reklama
– Nam – pracownikom - nie wolno było ze sobą rozmawiać – kontynuuje. – Każdy oddzielnie w milczeniu pracował niczym robot. Jeszcze w starej siedzibie przedszkola zrobiła zebranie i powiedziała, że jeśli ktoś będzie komentował temat tego kogo ona zatrudnia to poda go do sądu. Wtedy nawet jednak nie pracowali w przedszkolu członkowie jej rodziny, tak jak jest to teraz. To mnie jednak nie interesowało – dla mnie najważniejsze było solidne wykonanie swojego zadania - deklaruje.
- Którejś nocy w przedszkolu włączył się alarm - kontynuuje. - Z racji tego, że mieszkam blisko przedszkola słyszałam ten dźwięk, ale co miałam zrobić? Nie miałam prywatnego numeru telefonu do dyrekcji. Zresztą przecież powinna przyjechać najpierw ochrona, bo co ja niby miałam zrobić? Nazajutrz dyrektorka wezwała mnie na dywanik z pretensjami „co ja w nocy robiłam, bo przecież alarm się włączył!”.
Pani Zdzisława mówi dalej o jawnym przejawie poniżania ze strony dyrektorki. – „Jak pani się ubrała?” – usłyszałam któregoś dnia zaraz po przyjściu do pracy. Odpowiedziałam, że jestem w ubraniu „cywilnym” i zaraz się przebiorę. Bo każdy pracownik miał swój mundurek, który… ja uszyłam. Kiedyś miałam bowiem zakład krawiecki. Fartuchy dla pracowników szyłam w domu w ramach swojej pracy. Tylko, że w przedszkolu pracowałam na pół etatu cztery godziny dziennie a mundurki szyłam całymi dniami. To było 30 fartuchów na miarę! – stwierdza.
Wszystko na błysk
Pani Zdzisława zaraz wraca do spraw porządku. - Dla dyrektorki przedszkola były one wręcz obsesją i nie boję się tego powiedzieć. – stwierdza. - Dzień babci i dziadka… Zima, pełno gości w przedszkolu. Zawołała mnie i przy ludziach zrugała, że korytarz jest brudny. Ja zapytałam jak mam to zrobić skoro ktoś może się przewrócić na mokrej podłodze, że to niebezpieczne. Na to usłyszałam, że ją to nie obchodzi, że ma być czysto, a jak ja to zrobię, to moja sprawa. Proszę dobie wyobrazić, że dzień w dzień wszystkie szafki w szatni były przesuwane, a podłoga pod nimi myta! Ubrania dzieci musiały być ułożone w kosteczkę, a buty musiały stać równiuśko co do centymetra! Dyrektorka kazała mi wymieść śmieci pod kratą znajdującą się tuż przy wejściu do przedszkola. Krata jest bardzo ciężka, bo jest metalowa i ma ok. 2 metry na 2 metry i dlatego poprosiłam koleżankę, żeby pomogła mi ją tylko podnieść. Zaraz po tym dyrektorka wezwała mnie na dywanik i powiedziała rozkazującym tonem, że to było moje zadanie, a nie wspólne. Choruję na cukrzycę i muszę dbać o regularność posiłków. Kiedy któregoś dnia poszłam do pomieszczenia socjalnego, żeby zjeść kanapkę przybiegła za mną i powiedziała, że skoro pracuję cztery godziny dziennie to przerwa mi się nie należy i jej to nie obchodzi. Z tej złości i bezsilności wyrzuciłam kanapki do kosza – wspomina z płaczem pani Zdzisława.
Podaje natychmiast kolejny przykład tego w jaki sposób była traktowana przez przełożoną. – Stwierdziła, że pod szafą jest brudno. Ja zapytałam jak mam tam wysprzątać. Na to ona, żebym odsunęła szafę. Wtedy już nie wytrzymałam i powiedziałam, żeby sama ja odsunęła. Wezwała więc konserwatora do odsunięcia mebli, ale żeby mój „protest” nie został bezkarny przeciągnęła palcem po zawiasach drzwi i stwierdziła: „brudno”. Nigdy wcześniej, ani później nie spotkałam takiego człowieka. Mój mąż od wielu lat też jest szefem, ale… pozostał człowiekiem – dodaje stanowczo nasza rozmówczyni łącznie z tym, że przecież mogłaby z boku przyglądać się temu co dzieje się teraz wokół Przedszkola nr 10 i nie angażować się w żaden sposób. - Nie mogłam jednak. O tym trzeba mówić, bo tak nie można traktować ludzi, którzy rzetelnie pracują. Zaraz też podaje kolejny przykład z czasów swojej pracy. - Podczas festynu miałam sprzedawać lody z wypożyczonej chłodni. Po całej imprezie zostały cztery sztuki. – Zaniosłam te cztery „Śnieżki” do zamrażarki w kuchni z myślą, że w poniedziałek umyję wypożyczoną zamrażarkę i będzie ona oddana. W poniedziałek dyrektorka mnie jednak przywołała i pyta: „Jak pani te lody sprzedawała?!” i pokazała cztery sztuki, które były w wypożyczonej zamrażarce. Po pierwsze, z całą pewnością w sobotę była ona pusta. KTOŚ musiał je tam przenieść z powrotem, bo przecież gdybym nawet je tam zostawiła byłyby rozmrożone, a takie nie były!
A może to moja wina?!
Praca w placówce kierowanej przez Sylwię Wardakas bardzo mocno odbiła się na psychice pani Zdzisławy. – Doszło do tego, że dopadło mnie coś w rodzaju syndromu ofiary – zaczęłam myśleć, że rzeczywiście ja robię wszystko źle, że to ja jestem winna tym ciągłym uwagom – stwierdza dodając, że odejście do innego przedszkola po prostu ją uratowało. – Byłam w szoku, że tak może być miło w pracy, że nikt się nie boi zamienić słowa, uśmiechnąć do innej osoby. Ja po prostu z radością tam szłam, mogłam pracować - jeśli byłaby taka potrzeba – bez dodatkowego wynagrodzenia ponad czas, który wynikał z mojej umowy. Minęło jednak trochę czasu zanim wróciłam na właściwe tory. To obsesyjne sprzątanie długo jeszcze we mnie siedziało. Koleżanki z nowej pracy pytały co ja mam z tym sprzątaniem, że oczywiście w przedszkolu musi być porządek, ale w przedszkolu najważniejsze są dzieci. A ja dzieci zawsze kochałam i one też do mnie lgnęły – dodaje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pomoc.
Wojna ?
Pomoc.
Wojna ?