Reklama

60 lat służył w ochotniczej straży. Władysława Krysowatego zna każdy strażak w naszym powiecie

Władysława Krysowatego zna każdy strażak ochotnik w naszym powiecie. Od lat pełnił funkcję prezesa Zarządu Powiatowego OSP w naszym powiecie. Był wiceprezesem Miejsko Gminnej OSP w Głuchołazach i wreszcie przez lata szefował jednostce w swoich rodzinnych Markowicach. W minioną sobotę zakończył swoją sześćdziesięcioletnią działalność w strukturach ochotniczej straży. Jednak w duszy i w sercu straż pozostanie z nim na zawsze.

Jego rodzina przyjechała na te tereny ze Wschodu, z województwa tarnopolskiego, z powiatu Skałat. Pan Władysław urodził się już tutaj - w 1948 roku. Aby być jednak precyzyjnym… nie do końca TUTAJ. – Przyszedłem na świat w Proboszczu, w powiecie Złotoryja, bo stamtąd pochodziła mama. Pojechali z tatą w odwiedziny, a mnie się pospieszyło na świat i urodziłem się w pokoju. Po tygodniu rodzice przywieźli mnie do Markowic - mówi.

Do Ochotniczej Straży Pożarnej wstąpił mając siedemnaście lat – w 1967 roku. - Rok później zdałem egzamin, bo w tamtych czasach trzeba było mieć ukończone osiemnaście lat, żeby wstąpić w struktury, żeby zdawać egzamin. Nasz naczelnik werbował mnie przez parę miesięcy i w końcu mnie zwerbował – śmieje się pan Władysław. - Jeszcze byłem uczniem Technikum Rolniczego w Nysie i mieszkałem w internacie. Kiedy zdobyłem świadectwo, zaraz zrobili mnie sekretarzem zarządu po to, żeby młody prowadził papiery – wspomina również z uśmiechem Władysław Krysowaty.

Reklama

Kiedy pan Władysław wrócił do Markowic po odbyciu zasadniczej służby wojskowej zastał już nowy zarząd - który doprowadził do tego, że OSP funkcjonowała, ale jednostka państwowa z Głuchołaz zabrała jej sprzęt – mówi dalej. - Chociaż dzisiaj trudno sobie to wyobrazić jeździłem ciągnikiem mojego taty wożąc chłopaków do pożarów czy na zawody – dodaje. Pan Władysław na wspomnianej przyczepie woził ludzi i sprzęt, który pewnie u dzisiejszych strażaków – przywykłych do nowoczesnych wozów - wywołałby uśmiech politowania. – Mam jeszcze kawałek drabiny Szczerbowskiego - polskiego wynalazcy, którego dziełem była właśnie uniwersalna drabina pożarnicza składająca się z dwóch przęseł. Strażacy wykorzystywali ją przez długie lata podczas akcji gaśniczych i ratowniczych. Kiedyś mieliśmy 12–metrową drabinę, a dzisiaj strażacy dysponują wysięgnikami w nowoczesnych samochodach! Kiedyś bywały jednostki, które wyjeżdżały do zdarzeń tylko trzy razy w roku. Były to jednak głównie poważne pożary. Dzisiaj też są takie jednostki, które wyjeżdżają kilka razy w roku, ale mają nowoczesny samochód. Po prostu dzisiaj dużą część interwencji stanowią tzw. miejscowe zagrożenia. Nie można też zapomnieć o ofiarnej, bezcennej działalności strażaków w czasie powodzi - stwierdza.
 
Zawodowo pan Władysław przez całe życie związany był z rolnictwem. Prowadził odziedziczony po ojcu niewielki areał. Był wiceprezesem Gminnej Spółdzielni w Głuchołazach. - Do mnie należała m.in. działalność zakładu, który wykonywał centralne ogrzewania u ludzi. Takie prace wykonywali także w domu mojego ojca. Zakończyły się one niestety… pożarem. Na szczęście ogień został ugaszony w zarodku przez strażaków z Polskiego Świętowa. Wtedy wszyscy zaczęli mówić, że gdyby u nas w Markowicach zostały chociaż dwa węże to straty byłyby mniejsze. Mieszkańcy zebrali się i zdecydowali mówić do mnie mniej więcej tak: „Reaktywujemy straż, a ty będziesz prezesem, bo u ciebie się paliło”…

W 1997 roku OSP Markowice zyskała sztandar. To było ogromne wydarzenie dla ludzi, którzy tworzyli tę jednostkę. Pan Władysław pokazuje kilka zdjęć z tego wydarzenia. Na jednym z nich stoi koło swojego ojca – oczywiście strażaka, a w poczcie sztandarowym stoją dwaj jego synowie. Chociaż nie zostali zawodowymi strażakami także w swoim życiu zawodowym nosili mundury – żołnierskie.

Reklama

Pan Władysław zapytany o najtragiczniejszy pożar, przy gaszeniu którego przyszło mu działać, bez wahania mówi o pożarze ogromnej stodoły w Markowicach w 1976 roku. – To było niedługo po żniwach. W środku były przechowywane zbiory czterech największych miejscowych rolników. Stodoła była na górze, a pompa, którą ciągnęliśmy wodę z rzeki nie dawała rady. Zostały tylko mury z tej stodoły, a ci rolnicy wszystko stracili. Ludzie ze wsi składali się po kilka worków zboża, żeby im pomóc, żeby mogli przetrwać do następnych żniw. Ta sama stodoła została odbudowana i… równo po 50 latach znów wybuchł tu pożar. Razem ze mną biegł na akcję kolega. Niestety nie dotarł… Zmarł. Serce nie wytrzymało…

- W 2000 roku zdecydowano, że prezesi poszczególnych jednostek powołają swoich przedstawicieli, którzy będą reprezentować te jednostki w oddziałach gminnych. Taki oddział powołano również w gminie Głuchołazy. Na zebraniu założycielskim tego oddziału gminnego powierzono mi funkcję wiceprezesa, a prezesem był ówczesny burmistrz. Natomiast w 2001 roku z oddziałów gminnych zostały wytypowane osoby mające uprawnienia do powołania oddziału powiatowego. Ja byłem jednym z nich. Cieszyłem się, że to wszystko odbywało w technikum rolniczym, w mojej szkole, którą wspominałem z nostalgią. Pierwszym prezesem był Jan Paluch, a ja zostałem wybrany na członka prezydium. Po pięcioletniej kadencji pan Władysław wraz z Henrykiem Szczotką pełnili funkcję wiceprezesów. Po kolejnej pięcioletniej kadencji pan Władysław został prezesem pokonując kontrkandydata stosunkiem głosów 18 do 4. Moją kandydaturę zgłosił dzisiejszy burmistrz Korfantowa Janusz Wójcik, a ja „na złość” zgłosiłem jego kandydaturę na wiceprzewodniczącego – wspomina z uśmiechem nasz rozmówca dodając, że i ten wybór został zatwierdzony przez delegatów.

Reklama

Pan Władysław nie jest w stanie powiedzieć, nawet w przybliżeniu, w ilu zawodach strażackich wziął udział w trakcie swojej kadencji. Takie imprezy, które podnoszą wiedzę, sprawność strażaków ochotników, ale także integrują środowisko organizowane są głownie w maju i w czerwcu. Pan Władysław mówi o zdobywaniu funduszy na działalność powiatowych struktur. - Bo bez pieniędzy przecież niczego nie da się zorganizować. Oczywiście wspierają nas samorządy, ale cieszymy się, że pomagają też sponsorzy i cieszę się, że pod tym względem teraz jest lepiej.

Zaraz dodaje, że już pięć lat temu postanowił, że nie będzie kandydował na prezesa struktur powiatowych. - Ale jeszcze mnie przekonali, by prowadzić przez kolejną kadencję. Wcześniej przekazałem już pałeczkę u siebie w jednostce w Markowicach i w gminnych strukturach OSP. Kończę przecież siedemdziesiąt osiem lat, więc już czas odpocząć – śmieje się pan Władysław.

Reklama

Działalność i oddanie pana Władysława dla OSP została doceniona. - Byłem trzykrotnym członkiem zarządu oddziału wojewódzkiego, dwukrotnym członkiem prezydium oddziału wojewódzkiego. Trzykrotnie brałem udział w zjazdach wojewódzkich, a 1999 roku odebrałem z rąk Prezydenta RP Krzyż Kawalerski.

Na zakończenie rozmowy podsumowującej 60 lat działalności Władysława Krysowatego w strukturach OSP musiało paść pytanie, dlaczego nie został strażakiem zawodowym. - Mieszkałem na wsi, tato prowadził gospodarstwo i chciał mieć następcę… No i poszedłem pod przymusem do szkoły rolniczej, ale że miałem już wiedzę popartą praktyką bardzo łatwo mi tam szło – stwierdza.

Czytaj nas w Google
Dodaj do Google
Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 26/09/2026 10:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo nowinynyskie.com.pl




Reklama