Reklama

Buty uratowały mu życie. Niezwykła historia Alfonsa Czerwińskiego

Alfons Czerwiński przez lata prowadził przy ówczesnej ul. 1 Maja, dzisiaj Mariackiej w Nysie zakład z galanterią skórzaną. Po śmierci w 1993 roku został pochowany w Poznaniu. Pamięć o nim postanowił odświeżyć siostrzeniec Zygmunt Jarosz z Prudnika, dla którego tragiczne wojenne przeżycia wuja były godne przekazywania potomnym, a jego kunszt pracy godny podziwu.

– Jako dziecko, a później dorastający chłopak byłem uważnym słuchaczem opowieści z życia mojego wujka, Alfonsa Czerwińskiego, który był bratem mojej mamy – rozpoczyna opowieść pan Zygmunt. - Pomagałem mu w jego nyskim zakładzie, gdzie wyrabiał m.in. paski, wykonywał buty. Wujek umiał barwnie opowiadać i przykuwał tym uwagę słuchacza. Jego wspomnienia dotyczyły głównie uwięzienia w sowieckim łagrze za kołem podbiegunowym. Przed wojną wujek mieszkał wraz z żoną Stanisławą i córką Krystyną w Stanisławowie. Był bardzo dobrze sytuowany, zatrudniał ludzi i w ogóle świetnie mu się powodziło. To był świetny fach na tamte czasy... – dodaje.

Któregoś dnia Alfons Czerwiński wyruszył w podróż pociągiem. Był to już czas po zagrabieniu wschodnich terenów Polski przez Rosjan czyli po 17 września 1939 r. - Zmęczony zasnął i nieświadomie wjechał w głąb terytorium Związku Radzieckiego – opowiada dalej o członku swojej rodziny pan Zygmunt. - Na domiar złego nie miał przy sobie dokumentów. Zatrzymany przez Sowietów został aresztowany i potraktowany jako szpieg. Po błyskawicznym procesie, w którym mimo zeznań jego żony i oświadczeń co robi i kim jest skazano go na dziewięć miesięcy kolonii karnej za kołem polarnym. Z pewnością to, że był przedsiębiorcą, człowiekiem bogatym, wcale mu w tamtym momencie nie pomogło, bo był traktowany jako wróg narodu.

Reklama

Podczas powojennych rozmów z siostrzeńcem pan Alfons nie był jednak w stanie przywołać w pamięci nazwy miejscowości, do której trafił. Tak jak inni więźniowie ciężko w tym miejscu pracował fizycznie. Wielu jego współwięźniów umierało z chłodu i głodu. – Wujek opowiadał, że któregoś dnia zauważył, że jeden ze strażników chodzi w dziurawych butach, a przecież buty w takich warunkach, przy trzaskającym mrozie to była podstawa przetrwania – mówi Zygmunt Jarosz. - Zapytał go odważnie i bezpośrednio: „Jak to możliwe, że straż chodzi w takich butach?”. Strażnik miał na to odburknąć ostro, że jeśli potrafi, to żeby je naprawił, chociaż pewnie w to wątpił – wspomina opowieść wuja pan Zygmunt.

Jedynym warunkiem Alfonsa Czerwińskiego miało być zorganizowanie mu materiału czyli skóry. Tak też się stało. Kiedy strażnik zobaczył fachowo naprawione buty wyczuł, że na takim więźniu może zarobić. - Kiedy wujek potwierdził, że potrafi uszyć nowe buty dostał narzędzia pracy i skórę. W ten sposób rozpoczął się obozowy biznes – strażnik sprzedawał więźniom buty wykonane przez Alfonsa Czerwińskiego za złoto, które ci mieli schowane – mówi pan Zygmunt dodając, że wśród więźniów było wielu Żydów.

Reklama

W zamian za zlecenia pan Alfons mógł pracować w zamkniętym, ciepłym pomieszczeniu, a nie na mrozie. Nie można wykluczyć, że dzięki temu przetrwał do końca wyroku a jednocześnie uratował być może życie wielu więźniom, bo brak butów w tamtych warunkach oznaczał śmierć. Po zakończeniu kary Alfons otrzymał nakaz osiedlenia się w Kazachstanie, a dokładnie w Karagandzie.

Dodajmy, że ojciec Alfonsa - Alfred Czerwiński był także znakomitym rzemieślnikiem, który prowadził warsztat szewski i produkował cholewki na wymiar do butów dla oficerów Wojska Polskiego. Alfons okazał się pojętnym uczniem swojego ojca. W ciągu zaledwie trzech lat pobytu w Karagandzie zorganizował własny warsztat i zaczął produkować skórzane obuwie. W tamtym czasie w ZSRR skórzane buty były luksusem. W pewnym momencie starał się o wcielenie do Wojska Polskiego, ale odrzucono go ze względu na słaby wzrok. Niestety, z czasem zemścił się fakt, że prowadził otwarty dom gotowy przyjąć każdego gościa. Jeden z bywalców doniósł na niego władzom oskarżając go o wrogą działalność polityczną. To wystarczyło, by sowiecki sąd skazał Alfonsa na (!) 10 lat więzienia. Kolejną karę w swoim życiu odbywał na terenie ZSRR dzieląc celę z najróżniejszymi ludźmi, w tym z mordercą. Ponownie ratował go fach, bo pracował w przywięziennym zakładzie obuwniczym. – Z tamtego okresu wuj wspominał bunt więźniów wywołany fatalnym jedzeniem – kontynuuje pan Zygmunt. - Przełożony więzienia wezwał prowodyrów buntu i z eskortą poszedł z nimi do kuchni. Kiedy podniesiono pokrywę kotła nabrał chochlą zupę, skosztował jej i rzucił w stronę więźniów, że… przecież jest bardzo smaczna. W odpowiedzi więźniowie chwycili naczelnika i wrzucili go do kotła z gorącą cieczą zanim ktokolwiek ze strażników zdołał zareagować. Alfons przebywał w więzieniu od 1943 do 1948 roku. Wraz z dużą grupą polskich więźniów został przetransportowany następnie do Białej Podlaskiej.

Reklama

O jego pierwszych wrażeniach po przyjeździe do kraju można posłuchać z archiwalnych nagrań Radia Poznań, które emitowało wspomnienia Alfonsa Czerwińskiego. - Na pierwszej stacji okrążyły nas pielęgniarki w białych strojach i emblematami Czerwonego Krzyża – mówił pan Alfons. - W menażkach dostaliśmy grochówkę. To było tak coś dobrego… gęsta, to świadczyło o jej jakości. Na drugim przystanku też były takie kobiety. Jakie one były piękne! Uśmiechały się do nas. I znowu była zupa, której nabrałem na wszelki wypadek do jednej pustej menażki. Ostatnim punktem naszej drogi była Biała Podlaska – można wysłuchać w audycji. - Stanęliśmy rzędem, po pięciu. Nie widzieliśmy żadnego żandarma kogoś, kto by od nas tego wymagał, ale w nas ta dyscyplina już była.

Pan Alfons wspominał widok trzech elegancko ubranych – w garniturach, kapeluszach i… pięknych butach, na które – jako znawca – zwracał szczególna uwagę. - Dawno nie widzieliśmy ludzi ubranych po europejsku. Wokół nas do tej pory wszędzie były tylko łachmany i kufajki – mówił. – „Witamy państwa na polskiej ziemi” – usłyszeliśmy wtedy, a na te słowa niejednemu łza zabłysnęła w oku.

Reklama

Drogi pana Alfonsa zaprowadziły go w końcu do Kłodzka, gdzie były jego żona i córka, a potem do Nysy, gdzie prowadził swój warsztat i gdzie miał swoje mieszkanie. Po śmierci (zmarł w 1993 roku) został zaś pochowany w Poznaniu, gdzie mieszkała jego córka.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 01/08/2026 10:21
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Nysianin od urodzenia - niezalogowany 2026-08-01 16:55:07

    Tak jak wielu innych Polaków w tamtych czasach. Tragiczne te historie, czasami pomagało szczęście, czasami przypadek. Panu udało się w końcu wrócić do Polski. Wielu Nysian skorzystało z Jego usług przez długie lata. Warto przypominać takich ludzi. Pamiętajmy że dzisiejsze trudne czasy to nic w porównaniu ze.wszystkim co przyniosła 2.wojna światowa. Ilu mieszkańców dawnych kresów Rzeczypospolitej zostało tam mniej lub bardziej dobrowolnie do dzisiaj tak naprawdę nigdy się nie dowiemy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo nowinynyskie.com.pl




Reklama