Rozmowa z Robertem Woźniakiem z Zespołu Pieśni i Tańca Nysa im. Czesława Orlopa, który niedawno wrócił z Ekwadoru, gdzie wziął udział w międzynarodowym festiwalu tańca w egzotycznym Ekwadorze.
„Nowiny Nyskie” – Pojechał Pan na festiwal do Ekwadoru jako członek zespołu „Jedliniok” działającego przy Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. To z pewnością było duże wydarzenie dla zespołu, bo podróż odległa i do egzotycznego kraju…
- Tak. Nasza grupa liczyła dwadzieścia osób. Z Nysy oprócz mnie był także Patryk Babula - tancerze, kapela, kierownik, kamerzysta. To była trzytygodniowa wyprawa, przy czym ostatni tydzień zarezerwowaliśmy sobie na zwiedzanie Ekwadoru. Studenci nawiązali wcześniej za pośrednictwem social mediów kontakty z Polakami mieszkającymi w Ekwadorze, którzy udzielili nam drogocennych wskazówek – gdzie taniej, gdzie drożej, gdzie warto pojechać. Co ciekawe, jedni uważali, że to świetny kraj do życia inni wręcz przeciwnie. Ale to były osoby, które spełniły się już zawodowo, ich dzieci były już dorosłe i usamodzielnione. Są wśród nich takie osoby, które są na emeryturze i miesiące letnie spędzają w Polsce, a miesiące zimowe w Ekwadorze.
- Jak żyje się w Ekwadorze?
- Przede wszystkim… wysoko. Przebywaliśmy na wysokości 3400 m n.p.m. Byliśmy więc wyżej niż na polskich Rysach. Dopiero kiedy zjechaliśmy niżej odzyskałem oddech (śmiech). Rzeczywiście funkcjonowanie przez nas w takich warunkach było nieco trudniejsze fizycznie.
W Ekwadorze panuje duże zróżnicowanie klasowe – od ludzi bardzo biednych, żyjących wręcz w ubóstwie do ludzi bardzo bogatych. Osoby z wyższym wykształceniem zarabiają ok. 1400 dolarów, a bez wykształcenia 400 dolarów. Ceny w marketach są zaś wyższe niż w Polsce. Np. litr mleka kosztuje ok. 2 dolary, kilogramowy jogurt 6 dolarów. Najzwyklejsza koszulka bawełniana to koszt 20 dolarów. Tanie są owoce i owoce morza, tak że dla miłośników krewetek czy langustynek jest to raj. Owoce morza są tańsze niż kurczak.
To, co rzuca się w oczy, to na pewno to, że jest mniej schludnie niż w Europie. Mówiąc łagodnie – Ekwadorczykom nie przeszkadzają śmieci leżące na ulicy.
To, na co można jeszcze zwrócić uwagę na pierwszy rzut oka to fakt, że wszyscy - zarówno kobiety jak i mężczyźni - bardzo o siebie dbają. W oczy rzucają się chociażby ich kunsztownie ułożone włosy i podkreślę, że panowie wcale nie ustępują pod tym względem paniom.
- Zespół „Jedliniok” wystąpił na dużym międzynarodowym festiwalu folklorystycznym, ale to nie jedyny Wasz występ w Ekwadorze.
- Prezentacji było bardzo wiele. Zostaliśmy m.in. przyjęci przez Ambasadę Polską, która zorganizowała dla nas koncert w dużej galerii handlowej. Wziął w nim udział pan ambasador z żoną, ale przybyła także Polonia i Ekwadorczycy. Ciężko było skończyć ten koncert, bo kilkukrotnie bisowaliśmy.
Jednym z elementów festiwalu, w którym wzięliśmy udział był wybór Królowej Piękności spośród członkiń zespołów biorących udział w wydarzeniu. Zespoły miały za zadanie oddelegowanie jednej pani - kandydatki, która miała przywieźć ze sobą strój narodowy lub regionalny oraz białą suknię wieczorową. Naszą kandydatką była Kasia, moja partnerka. Widownia bardzo żywo reagowała na występy poszczególnych kandydatek. Wyjście naszej kandydatki świadczyło najlepiej o tym, kto wygra. Kasia zaprezentowała się w stroju śląskim. Widownię pewnie dodatkowo ujęło to, że wypowiedziała się w języku hiszpańskim. Dodam, że w jury zasiadały miss tego kraju. W nagrodę Kasia otrzymała koronę, a w drugiej paradzie zaprezentowała się w sukni Miss Ekwadoru, która zdobyła tytuł Miss Świata. Generalnie czuło się, że nas lubią – okrzyki: „Polonia, Polonia…” unosiły się bardzo długo. Jesteśmy tam bardzo lubiani - być może również dlatego, że Polacy w Ekwadorze dają pracę mieszkańcom tego kraju.
Wzięliśmy także udział w dwóch paradach ulicami miasta, które trwały… 5 godzin! Nasza królowa piękności jechała na platformie i pozdrawiała publiczność, a my maszerowaliśmy pozdrawiając publiczność zgromadzoną wzdłuż ulicy, a na hasło tłumu, które padało mniej więcej co 30 metrów musieliśmy tańczyć. Oczywiście tańczyliśmy więc, co 30 metrów. I tak przez wspomniane 5 godzin.
Ekwadorczycy są bardzo otwarci i uśmiechnięci. Nie są tak jak my zabiegani. Tam wszystko jest „maniana”, czyli wszystko jutro, spokojnie i bez stresu. Umówienie się na określoną godzinę obowiązywało tylko w momencie… umawiania się. Kiedyś mieliśmy być gotowi na godz. 8.00. Wszyscy zwarci i gotowi czekaliśmy, a okazywało się, że wszystko przeniesiono na godz. 13.00.
Nie mogę nie zaznaczyć jak wspaniale zostaliśmy przyjęci pod względem kulinarnym. Owoce - ich kolory, smak, zapach – to, co w naszych marketach nie ma miejsca bytu. Byliśmy zauroczeni żółtą pitają, której u nas w sklepach nie widzieliśmy. Nawet limonka i cytryna inaczej smakowały. I ten smak awokado!!! Przepyszny! Kupione w Polsce mają gorzkawy, cierpkawy smak, a tam po prostu się nimi zajadaliśmy. Chociaż nie wszystkie owoce można wywozić z Ekwadoru mnie się udało „przemycić” trzy awokado. Awokado było podawane jako dodatek do posiłków jak i smażony banan. Ale nie banan deserowy, ale wytrawny, który nie nadaje się do jedzenia na surowo. W Ekwadorze robią z niego czipsy i podają jako dodatek do zup, ale także do zdrowego chrupania. Normą są też czipsy z batatów, których u nas się nie spotyka. Wracając do wywożenia owoców z kraju - kontrole na lotniskach są dokładne, bo tam jest problem z gangami narkotyków. Niedaleko nas była nawet strzelanina między zwalczającymi się grupami.
- Co najbardziej ujęło Pana w Ekwadorze?
- Rewelacyjna przyroda! Tamtejsza soczysta zieleń, którą można się cieszyć cały rok. Mogliśmy zobaczyć wodospady, drzemiące wulkany. Jeździliśmy w wagonikach nad przepaściami. Niezapomniane wrażenia! Teraz są tam wakacje – dojrzewają owoce, dzieci nie chodzą do szkoły. Kiedy rano wstaliśmy było pochmurnie, a zaraz po tym był upał. Byliśmy także w fabryce czekolady, bo Ekwador słynie także z tego słodkiego przysmaku. Mogliśmy nawet wykonać swoją tabliczkę. Kupiłem lokalne słodycze – coś w rodzaju ciasteczek włożonych pojedynczo w pas materiału. Pewnie dlatego moja walizka została na lotnisku dokładnie przeszukana, bo widok słodyczy można było pomylić z obrazem… narkotyków.
- Jak to się stało, że zespół, w którym Pan występuje znalazł się w Ekwadorze?
- Jego kierownik Henryk Brzezicki pracuje na takie wyjazdy przez kilka lat. Jest to człowiek, który od 42 lat pracuje z zespołem i w tym czasie wspólnie byli we wszystkich krajach Ameryki Południowej, ale także w dużej części Ameryki Północnej, o Europie nie wspomnę. On szuka festiwali, pisze do ambasad, pisze do Polaków mieszkających w danych krajach. Na Ekwador pracował sześć lat. 15 sierpnia „Jedliniok” wylatuje do Tanzanii. Przygotowanie tego wyjazdu również trwało 6 lat. Po naszym powrocie już zaczęły się próby, bo zespół przygotowuje się do jubileuszu 50-lecia istnienia, czyli jest pięć lat młodszy od naszego zespołu „Nysa”.
Rozmawiała Agnieszka Groń
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
@Mmm - niezalogowany - wszyscy pytali czy ryży naprawdę wydymał POlaków po raz drugi..............
Brawo to prawdziwi ambasadorzy naszego kraju, a nie nachlani posłowie.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Zrobić porządek z dziadami w rajtuzach i samochodach tatusiów.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
@Mmm - niezalogowany - wszyscy pytali czy ryży naprawdę wydymał POlaków po raz drugi..............