Dalsza część historii Stanisława, który trafił do sekty Jasna Strona Mocy Sanjayi Jaraszka. Za pieniądze ze sprzedaży swojej warszawskiej kawalerki kupił dom i pole w Lipowej koło Nysy. Z czasem był zmuszany przez guru sekty do przekazanie nieruchomości bardziej zaufanemu członkowi JSM. Stanisław opowiedział nam nie tylko o problemach z utrzymaniem domu, ale także o tym jak wygląda funkcjonowanie sekty.
Przypomnijmy, że w domu w Lipowej zamieszkało siedmiu członków sekty. Czterech z nich Stanisław sam zameldował. Dzięki temu mogli oni m.in. zakładać działalność gospodarczą i pozyskiwać dotacje na ten cel z urzędu pracy. Życie w tym domu toczyłoby się pewnie jeszcze długo bez zmian gdyby nie naciski na Stanisława o przekazanie nieruchomości innemu członkowie JSM. Na to 31–letni mężczyzna się nie zgodził. Gdy naciski guru sekty stawały się coraz silniejsze zażądał, aby lokatorzy jego domu wyprowadzili się. Tak się jednak nie stało. W ubiegłym tygodniu – już po publikacji artykułu na ten temat w „Nowinach Nyskich” - mężczyzna poinformował nas, że złożył do sądu pozew o ich eksmisję.
Jak to się stało, że Stanisław znalazł się w sekcie JSM? Jak wygląda życie członków grupy dowodzonej przez Sanjayę?
Jaraszek pojawił się w mediach po swoich osiągnięciach sportowych – biegach na długich dystansach, często na boso. Jego sukcesy łączyły się z promowaniem weganizmu. Ludzie najczęściej traktowali go wtedy, jako niegroźnego dziwaka. Ci, którzy przy okazji słyszeli coś o jego filozofii życia zazwyczaj nie zwracali na to zbytniej uwagi, traktując to, jako element jego dziwactwa.
W 2016 roku Sanjaya i jego główny współpracownik Miłar założyli internetowy kanał na Facebooku pod nazwą Jasna Strona Mocy. To tam publikowano filmy, na których Sanjaya jako „król Lehii” zaczął prezentować coraz groźniejsze i kontrowersyjne wywody filozoficzne. Na przykład to, że osoby z zespołem Downa nie są ludźmi, twierdził, że Polska jest pod okupacja Watykanu i że ziemia jest płaska… Większość internautów, którzy obserwowali JSM po prostu uważała Sanjayę, jako człowieka odklejonego od rzeczywistości. Równolegle jednak Miłar rozkręcił swoją działalność „dziennikarską” pozyskując publiczne pieniądze od burmistrza Kordiana Kolbiarza. Kiedy jeszcze jego działalność informacyjna nie była dotowana przez władze Nysy był jej przeciwnikiem – od kiedy dostaje za to pieniądze chwali każdy krok burmistrza Kolbiarza. Ten chętnie pojawia się u Miłara, choć wie, że to najbliższy współpracownik guru sekty.
Sprawa nyskiej sekty stała się głośna – na skalę ogólnopolską - w tym roku. Onet opublikował mające negatywny wydźwięk artykuły o działalności Sanjayi. W sieci pojawił się filmik, na którym guru JSM na spotkaniu ze swoimi „uczniami” umieścił krzyż w kompostowniku, a następnie dodatkowo go zbezczeszczono oddając na niego mocz. Do prokuratury złożono zawiadomienie o podejrzeniu przestępstwa obrazy uczuć religijnych. Prokuratorskie postępowanie w tej sprawie zostało ostatecznie umorzone, bo Jaraszek został uznany za niepoczytalnego i skierowany na psychoterapię.
Nagłośnienie TAKIEGO oblicza działalności sekty stało się jednak dla jej członków niewygodne. Z sieci zniknęła strona Jasnej Strony Mocy. Pojawiła się także informacja, że grupa została rozwiązana, a nawet zamieszczono fałszywy nekrolog Sanjayi. Stanisław mówi, że nie brał udziału w filmikach sekty, które ukazywały się w internecie przed tym jak o Jasnej Stronie Mocy i jej guru ukazał się artykuł w Onecie. – Ja byłem w tych filmikach lektorem i je montowałem. Na przykład wrzucałem wynajdywane przez Sanjayę filmiki w języku rosyjskim, „wrzucałem” je do sztucznej inteligencji, która je tłumaczyła i podkładałem pod to głos lektora – stwierdza.
Wróćmy do finansowej strony JSM. Według słów Stanisława wszyscy pracujący członkowie sekty oddają połowę swoich dochodów do skarbca. Z tych pieniędzy żyje sam Sanjaya, którego głównym zajęciem jest, jak sam mówi, dowodzenie, polegające m.in. na wydzwanianiu do członków sekty. Z finansów skarbca są m.in. opłacane samochody, których sekta ma kilka – zarówno osobówek jak i busów. Załóżmy bardzo oszczędną wersję, że każdy z członków sekty wrzuca do wspólnego worka 1500 zł miesięcznie, a przy 20 członkach to 30 tys. zł miesięcznie. Dodajmy, że wydatki żywnościowe członków JSM nie są duże, bo żywią się głównie warzywami z własnej uprawy, które peklują na zimę i spożywają z kaszami, czy ryżem, które zakupują przez internet w większych opakowaniach. W ich diecie nie ma mleka, serów, jajek. Stanisław przyznaje, że dopiero teraz, gdy jest skonfliktowany z JSM pozwolił sobie kilka razy na zjedzenie „czegoś”, co zawiera składnik odzwierzęcy. Można odnieść wrażenie, że wszyscy członkowie sekty są do siebie fizycznie bardzo podobni. Wszyscy są szczupli, noszą brodę, dłuższe włosy i czapki. – Według Sanjayi długie włosy dają poczucie kontaktu z rzeczywistością. Tłumaczył to tak, że hitlerowcy w obozach golili ludziom głowy, bo nie chcieli, żeby mieli kontakt z rzeczywistością, a długie włosy to zapewniają.
Stanisław także nadal ma długie włosy i na spotkaniu z dziennikarzami miał na sobie czapkę. Na pytanie czy żałuje tych czterech lat – czy żałuje wstąpienia do JSM, padają jednak zaskakujące słowa Stanisława. - Nie, no bo też dużo się nauczyłem. Przede wszystkim pracy i wszechstronności.
Jak wiadomo guru sekty ma się jednak dobrze. Informacja o zakończeniu działalności JSM okazała się więc nieprawdziwa – jej członkowie nadal działają i pracują przekazując połowę wypracowanych kwot Sanjayi. Do tego wątku jednak wrócimy.
W maju br. zaczął natarczywie „nakłaniać” Stanisława, aby ten przekazał formalnie innemu – bardziej zaufanemu człowiekowi Jaraszka - dom i działkę wokół niego znajdujące się w Lipowej. W nagraniu rozmowy Stanisława z Sanjayą ten ostatni twierdzi, że ma wielkie plany inwestycyjne, co do terenu w Lipowej, a po zrealizowaniu będzie on warty ponad milion złotych. Gdyby w takich okolicznościach Stanisławowi COŚ się stało nieruchomość przeszłaby na rzecz jego rodziny.
Sekta ma trzy lokalizacje, w których mieszkają jej członkowie – we wspomnianym w domu w Lipowej, w Bukowie i na nyskich działkach, gdzie przebywa sam guru oraz jego prawa ręka Mateusz „Miłar” Kokoszka. Stanisław szacuje, że obecnie w sekcie jest ok. dwudziestu mężczyzn. Większość z nich pracuje. Część z nich – jakbyśmy to określili – legalnie, czyli posiada jakąś formalną umowę, np. zlecenie, o dzieło. Członkowie sekty pracowali w lokalnym tartaku, prowadzili też firmę sprzątającą. – Wiem, że teraz mają umowę z ogródkami działkowymi na remont bram. Zleceń na prace na działkach było dużo tuż po powodzi, kiedy nie wszyscy działkowcy fizycznie byli w stanie uporządkować swoje tereny zielone – mówi. Jak wygląda dzień członka JSM? - Rozpoczyna się od porannej zbiórki jak w wojsku, na której przydzielane są zadania. W tym te od Sanjayi. Wszyscy wracają zazwyczaj wieczorem po pracy, która trwa wiele godzin - relacjonuje. Jeśli ktoś nie radzi sobie z pracą fizyczną zostaje na miejscu w celu przygotowania posiłków i pracy w ogrodzie.
Stanisław przyznaje dalej, że kilka lat temu liczba „podopiecznych” Sanjayi była większa. – Jest wiele osób, które tutaj nie mieszkają, ale są sympatykami i przyjeżdżają na tydzień, na kilka dni… - stwierdza.
Stanisław mówi też o spotkaniach z guru, w czasie których przekazywał członkom JSM swoje teorie. – Wtedy nie wydawało mi się to ani śmieszne, ani dziwne. Uważałem, że trzeba dokarmiać intelekt słowami Sanjayi, że to jest szkoła duchowości… - stwierdza Stanisław.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Wczoraj zasuwali z kilofami i łopatami na dzikiej ścieżce przy DK46 prowadzącej na AKWA MARINE. Sa charakterystyczni. Jak pracują noszą zielone koszulki polo z wypisanymi pseudonimami na plecach.
Wczoraj zasuwali z kilofami i łopatami na dzikiej ścieżce przy DK46 prowadzącej na AKWA MARINE. Sa charakterystyczni. Jak pracują noszą zielone koszulki polo z wypisanymi pseudonimami na plecach.