Reklama

Ona zniszczyła mnie psychicznie. Była pracowniczka o dyrektorce Przedszkola nr 10

12/03/2026 16:49

Od kilku tygodni w Nysie głośno jest o dyrektor Przedszkola nr 10 w Nysie Sylwii Wardakas, która w ciągu dwóch lat „wypracowała” prawie dwa tysiące nadgodzin. Zanim jednak światło dzienne ujrzała „afera nadgodzinowa” do Gminy Nysa wpływały skargi na dyrektorkę kierowane przez pracowników przedszkola, którzy z obawy o konsekwencje kierowali je anonimowo. Było to zaś wygodne dla władz miasta, które pozostawiały je bez odpowiedzi. Jako pierwsza o traktowaniu pracowników przez Sylwię Wardakas zgodziła się mówić pani Alicja, która odeszła z przedszkola będąc w głębokiej depresji i do dzisiaj leczy się po traumie jaką pozostawiły w niej miesiące zatrudnienia w tej placówce.

Pani Alicja przychodzi do naszej redakcji ewidentnie zdenerwowana. Mogłaby przecież obserwować sprawę tego, co dzieje się wokół dyrektorki przedszkola z perspektywy obserwatora – czytać, co jeszcze pojawi się na ten temat w internecie i o nierealnych nadgodzinach dyrektor. Wiele napiszą kolejne media (sprawą zainteresowały się także gazety ogólnopolskie). – Już dłużej nie mogłam – wyznaje.

– Napiszcie o tym, co tam się dzieje. Dla mnie praca tam skończyła się głęboką depresją i nie wiem co by było gdyby nie stanowczość mojego partnera, który dla mojego dobra po prostu zakazał mi tam wracać. Kiedy zaczynałam tam pracę ważyłam 80 kg, a kiedy odchodziłam - 60 kg. Do dzisiaj odwracam głowę, kiedy muszę przejść obok tego budynku – mówi.

Reklama

Pani Alicja została zatrudniona w Przedszkolu nr 10 w Nysie w 2023 roku w charakterze pomocy nauczycielskiej i przez trzy pierwsze miesiące jej obowiązki skupiały się właśnie na tym. – Potem pani dyrektor zrobiła ze mnie pomoc od wszystkiego, sprzątaczkę, chociaż na umowie nadal byłam pomocą nauczycielską. Nie wiem czym sobie „zasłużyłam”. Wszystko wykonywałam jak należy, ale jej się wiecznie coś nie podobało: „Pani Alicjo tam trzeba, pani Alicjo tu” – mówiła rozkazującym tonem. Potraktowała mnie z pogardą. Powinna mi powiedzieć, co źle zrobiłam i uzasadnić moje przesunięcie. Tymczasem ja do końca swojej pracy nie wiedziałam, dlaczego tak się stało. Dla mnie pracodawca powinien powiedzieć -  Źle wykonujesz tę pracę, przechodzisz na inne stanowisko. - A pani niczego nie usłyszała? Po prostu przesunęła panią i tyle - pytamy kobiety, która z każdą chwilą naszej rozmowy jest coraz bardziej roztrzęsiona. 

- Zresztą jak się przyjmowałam do pracy to inne dziewczyny powiedziały mi, że trzeba szybko i od razu robić to, co powiedziała pani dyrektor. Było więc tak, że kiedy wykonywałam jakąś pracę, a dyrektorka powiedziała, że trzeba zrobić coś innego, więc wszystkie rzucały to co robiły i biegły wypełnić rozkaz pani dyrektor. Tak - to były rozkazy – nie polecenia - mówi pani Alicja, która dopiero po jakimś czasie zrozumiałam słowa swojej poprzedniczki, która wychodząc powiedziała: „Będzie jeszcze gorzej”. - Dzisiaj wiem, że ona też nie wytrzymała tego, co ją tam spotkało – tak samo jak ja – dodaje.

Reklama

Była pracownica „Dziesiątki” twierdzi, że dyrektorka przedszkola - z niewiadomych względów - część swoich pracownic traktowała – bez najmniejszej dawki szacunku. - Rozumiem, że szefowa powinna czuwać nad całością i wymagać, ale pracownicy to są ludzie, a ona potrafiła powiedzieć do dziewczyn, które sprzątały korytarze, że ruszają się jak święte krowy. Dodam, że one też były przyjęte jako pomoc nauczyciela, ale zostawały tak naprawdę sprzątaczkami - opowiada. 
Pani Alicja dodaje zaraz. - Byłam poniżana. Ona powiedziała przy innych pracownicach na mój temat dosłownie takie zdanie: „ Wytresowałam dziewczynę do pracy”. Poczułam się… głupio, upokorzona, ale nie potrafiłam zareagować i… poszłam do swoich obowiązków. Moim pierwszym obowiązkiem każdego dnia – bez względu na pogodę i porę roku - było mycie parapetów na zewnątrz. Nawet w zimie musiałam zbierać zamarznięte liście. Pamiętam, że kiedyś przechodziła obok chodnikiem starsza pani i powiedziała, że po co to robię, że trzeba poczekać na wiosnę… Tutaj nic nie mogło czekać… Pani dyrektor potem przychodziła i sprawdzała, czy zadanie zostało wykonane. Do tego zamiatałam chodnik, malowałam płot przedszkola, a nawet odśnieżałam parking. Chociaż był konserwator to ja dostałam taką pracę w przydziale. Z czasem, gdy przychodziło się do pracy ręce mi się trzęsły i w głowie było tylko to: „Oby tylko nie krzyczała. Zrobię to, co mi każe”. Trudno to wytłumaczyć, ale działałam jak automat - przyznaje.

Z czasem organizm pani Alicji odmówił posłuszeństwa. Życie w ciągłym stresie odbiło się na jej zdrowiu. – Dyrektorka zarzuciła mi, że dałam jej „lewe” zwolnienie lekarskie. Po chorobowym dalej jak robot byłam przygotowana, żeby wrócić do pracy. Widząc jednak w jakim jestem nadal stanie mój partner stwierdził, że nie pozwoli mi na to dla mojego dobra. Żeby funkcjonować, żeby z państwem rozmawiać, musiałam przejść dwie terapie – psychologów, psychiatrę. Gdybym tego nie zrobiła to bym... zawiesza głos. Zaraz jednak dodaje, że do dzisiaj zdarza się, że znajomi jej nie poznają. Kiedy zaczynała pracę w przedszkolu nr 10 ważyła 80 kg, a kiedy z niej odchodziła - 60 kg. - Mój partner poszedł do przedszkola, bo potrzebowałam zaświadczenie do rehabilitacyjnego zasiłku, a nie byłam w stanie psychicznie tam pójść sama. Wtedy miał potyczkę z dyrektorką, która sugerowała że udaję chorobę. Kiedy krzyknęła na niego powiedział, że nie jest jej pracownikiem i na takie traktowanie sobie nie pozwoli. Ja nie miałam takiej siły… wszystko robiłam w pracy jak należy i jeszcze więcej, i ciągle dostawałam połajankę. Z czasem musiało się to odbić na zdrowiu - przyznaje.

Reklama

– Ona mnie zniszczyła psychicznie. Kończy mi się zasiłek, szukam pracy i nie wiem czy będę w stanie rozmawiać z kolejnym pracodawcą… Czy się nie rozpłaczę, jak zostanę przez to odebrana… Wiem, że to znaczy, że nie do końca doszłam do siebie po tym co mnie spotkało ze strony dyrektor. I nie będę, dopóki się ten temat nie zamknie… - stwierdza.

Wracając do trudnego czasu swojej pracy w „Dziesiątce” pod szefostwem Sylwii Wardakas pani Alicja mówi, że jej była pracodawczyni miała wręcz obsesję na temat porządku w przedszkolu. Słysząc to zdanie po raz pierwszy można uznać, że przemawia to na korzyść szefowej, ale… – To było jak fobia! Pracownice zeskrobywały z podłogi powłokę z detergentów, żeby potem położyć ją na nowo. Robiły to na kolanach. Wszystko musiało się błyszczeć! Potrafiła się czepić, gdy pod słońce zobaczyła na powierzchni jakaś kropeczkę. Tak - nigdzie nie mogło być widać nawet kropli po wodzie. Pracownice musiały przerwać urlop, bo zobaczyła pod meblami kurz i wzywała je do pracy – twierdzi pani Alicja. Pytana czy czuła się jak w obozie pracy, kiwa twierdząco głową. 

Reklama

– Perfekcyjne musiały być też dzieci. Potrafiła zadzwonić w środku dnia do rodzica, bo dziecko miało dziurkę w butach czy w skarpetach. Sama słyszałam kłótnię z jednym rodzicem, który powiedział, że dyrektorka wiecznie się czegoś czepia, że on tego tak nie zostawi. Perfekcyjne musiało być wszystko w tym przedszkolu – od przedstawień w wykonaniu dzieci, przez gazetki tematyczne, które powstawały wiele miesięcy przed prezentacją i robiły je pracowniczki jednostki. Pani Alicja dodaje, że wśród pracowników przedszkola panowało zastraszenie. - Dziewczyny między sobą na ten temat rozmawiały, ale bały się strasznie cokolwiek powiedzieć. Być może bały się o pracę, tego, że nie znajdą innego zatrudnienia jeśli się sprzeciwią - mówi. Pani Alicja dodaje, że dyrektorka „Dziesiątki” ma wśród personelu swoich ulubieńców. Wśród zatrudnionych jest m.in. jej córka i siostra. – Jak można być przełożonym kogoś z kim łączy nas najbliższe pokrewieństwo?! – pada podczas rozmowy.
Po wybuchu „afery nadgodzinowej” pani Alicja nie mogła uwierzyć, że jej była szefowa w ciągu dwóch lat dostała wynagrodzenie za niemal dwa tysiące zastępstw i godzin nadliczbowych. – Byłam zszokowana tą liczbą nadgodzin, bo pracowałam w „Dziesiątce” między 2023 a 2025 r. Ona zawsze wychodziła o godz. 15.00! Czasami zostawiała nas – opiekunki - z dziećmi jeszcze przed tą godziną. Wprost nie można uwierzyć skąd wzięły się takie liczby! Nie tylko jednak nadgodziny, ale równie ważne są sprawy pracowników, o których opowiedziałam w jakiejś części – stwierdza pani Alicja.
 


 

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Zb.J. - niezalogowany 2026-03-12 17:01:33

    Dramat. Każdy z ekipy Kolbiarza to jakiś wypaczony jest.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Zaro - niezalogowany 2026-03-12 18:30:27


    Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    121 - niezalogowany 2026-03-12 18:40:11

    Uważajcie na fałszywych znajomych, którzy zapraszają was na pogaduchy czy jakaś kawka a może wódeczka . Zwróćcie uwagę po co was zaprosili,czy chcą faktyczne pogadać pośmiać się? Czy tylko po to żeby wyciągnąć jakieś informacje,albo załatwić jakąś sprawe. W dzisiejszych czasach ludzie już są tak przebrzydli i fałszywi że warto uważać.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo nowinynyskie.com.pl




Reklama