Rozmowa z Kariną i Andrzejem Kitą, nyskim duetem An Dreo e Karina wykonującym włoskie przeboje, ale także występującym z własną twórczością jako Ankara.
„Nowiny Nyskie” - Nagraliście niedawno piosenkę „S.O.S. SIGMA (Odwrócony świat)”, która porusza ważny temat, głównie dla młodzieży, ale nie tylko. Skąd narodził się pomysł na tę piosenkę?
Karina - Jest to piosenka o tym, jak młodzież zmaga się z dzisiejszą współczesnością i jakim językiem się posługuje. Naszym obowiązkiem, obowiązkiem ludzi dorosłych, jest zapoznanie się z językiem młodzieży. Pewne słowa jakiś czas temu miały inne znaczenie niż mają teraz. Np. tytułowa „Sigma”. Dla naszego pokolenia „Sigma i Pi” to był program edukacyjny dla dzieci. Teraz słowo „Sigma” oznacza osobę, która jest wzorem dla młodzieży – odnoszącą sukcesy, pewną siebie.
Andrzej jest również z wykształcenia pedagogiem, ja z kolei jako psycholog odbywałam i odbywam praktyki w Szkole Podstawowej nr 3 w Nysie. Przychodzące do gabinetu psychologa dzieci posługiwały się swoim młodzieżowym językiem. Mówiły o tym z czym zmagają się na co dzień. To była nasza inspiracja.
Andrzej – Ta piosenka jest także o hejcie, ale też o tym, że w dzisiejszych czasach bardziej żyjemy w wirtualnym świecie niż rzeczywistym – nawet siedząc obok siebie wolimy napisać i przekazać wiadomość za pomocą smartfona niż po prostu porozmawiać z drugim człowiekiem. Czyli te relacje i język komunikacyjny są nikłe. Czy tą piosenką chcemy coś zmienić? Fajnie by było jakby się ludzie zaczęli przebudzać i żeby zobaczyli do czego to wszystko zmierza.
Karina - Zrobiliśmy to, co czuliśmy, taką mieliśmy potrzebę wyjścia do świata, do ludzi. A co każdy z tym zrobi to już jest kwestia indywidualna. Tekst piosenki „SOS Sigma” jest autorstwa Sylwii Gawłowskiej-Müller, która jest dyrektorem POK w Prudniku i pracowała w Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu, która również bada dziedzinę polskiej piosenki naukowo (liczne publikacje). Bardzo spodobał się jej pomysł piosenki. Z kolei kompozycja utworu i realizacja klipu to już nasze dzieło.
anYkara - An Dreo e Karina tworzą:
Karina Kita - wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów oraz Andrzej Kita wokalista, instrumentalista, kompozytor, aranżer, producent muzyczny i autor tekstów. Duet anYkara powstał pod koniec 2007 roku, za sprawą przyjaciela duetu Andrzeja Rybińskiego, który zachęcił Karinę i Andrzeja do występów z własnym, autorskim repertuarem
- Pozostańmy przy klipie do tego utworu. Przewija się w nim mnóstwo młodych osób – uczniów z Nysy...
Karina - Do realizacji klipu do naszej piosenki zostały zaangażowani absolwenci (Hania, która zagrała główną rolę), dzieci ze SP nr 3 oraz ich rodzice, a także jeszcze inne osoby wspierające, m.in. pan Rafał Kret, wicedyrektor mojej SP nr 1, którą bardzo mile wspominam.
- Powiedziałaś, że w Waszym muzycznym przedsięwzięciu brali udział rodzice. Czy długo trzeba było ich nakłaniać do wzięcia udziału w klipie?
Karina - Nie. To była bardzo otwarta grupa, rodzice, którzy wspierają swoje dzieci. Kręciliśmy klip przez dwa dni, w weekend, więc bardzo jesteśmy wdzięczni wszystkim zaangażowanym w tę produkcję za poświęcenie swojego wolnego czasu i wspaniałą przygodę. Bardzo wdzięczni jesteśmy pani Agnieszce Kret, dyrektor SP nr 3 oraz wszystkim osobom wyszczególnionym w opisie w teledysku, które nas wsparły w tym projekcie. Kręciliśmy zarówno w szkole jak i na terenie Nysy. Mówiąc nieskromnie uważamy, że to bardzo fajna piosenka, że zrobiliśmy coś dobrego.
- Klip można obejrzeć i posłuchać w internecie…
Andrzej - Tak. Bardzo do tego wszystkich zachęcamy.
- Dawno nie gościliście na łamach „Nowin”, więc nie możemy nie zapytać o Waszą aktualną działalność artystyczną. Latem mieliście kilka koncertów na naszym terenie.
- Nadal realizujemy dwa projekty. Jeden to oczywiście ten, w którym wykonujemy piosenki Al Bano & Rominy Power, ale w naszych aranżacjach. Z tym projektem mamy już ogromne doświadczenie i sukcesy, ponieważ mieliśmy m.in. przyjemność występować z orkiestrą symfoniczną wraz Drupim. Oprócz tego zostaliśmy zauważeni przez dyrektora artystycznego San Remo Rock Festival, który zaprosił nas do wykonania po polsku piosenki, która została nagrana w dziesięciu wersjach językowych, przez artystów z różnych krajów. Ta piosenka „Letto 23” jest przedsięwzięciem charytatywnym. 32–letnia włoska piosenkarka Azzurry Lorenzini zmarła na chłoniaka i jej marzeniem było, żeby w każdym kraju jej piosenka była wykonywana w ojczystym języku, ale żeby tekst został napisany na podstawie historii jej życia.
Dyrektor artystyczny posłuchał nas, zaprosił na casting. Nagraliśmy próbkę piosenki i… weszliśmy w ten projekt. Na rynek polski wypuszczono piosenkę w całości wykonaną przez nas po polsku, a na rynek światowy utwór jest stworzony ze wszystkich wersji językowych – po fragmencie każdego z wykonań.
Oprócz tego gramy koncerty. Zostaliśmy zaproszeni przez producenta z Monachium na trasę koncertową symfoniczną Bella Italia Sinfonica. Zaczynamy od listopada. Będziemy występować w całej Polsce na pewno przez 2 lata. Będziemy m.in. w Katowicach, Gdańsku, Warszawie, Poznaniu, Toruniu, Rybniku, Wrocławiu, Zielonej Górze.
- Przypomnijcie jak długo trwa Wasza fascynacja twórczością Al Bano i Rominy?
Karina – Ja pierwszy raz usłyszałam i zobaczyłam ich w 1984 roku w telewizji. To była piosenka „Ci Sara”. Ta piosenka tak mną zarezonowała, że już jako dziecko wiedziałam, że będę ją śpiewać. Studiowaliśmy razem z Andrzejem w Warszawie i jadąc tramwajem wpadliśmy na ten pomysł. Andrzej mówi: No... znany duet, znany na całym świecie. A ja powiedziałam: Al Bano, Romina.
Andrzej - A poznaliśmy się na przeglądzie piosenki żołnierskiej, który zresztą wygraliśmy. Można powiedzieć, że to był ten festiwal kołobrzeski, ale przeniesiony do Przemyśla. Wtedy też udzieliliśmy pierwszego wywiadu radiowego dla RMF FM.
- Wasz drugi muzyczny projekt to anYkara
Karina - Tak… i tutaj także nagrywamy single. W tamtym roku, po powodzi wypuściliśmy pięknego singla „Miłości Fala”. Byliśmy zaangażowani w pomoc, więc od razu nie mieliśmy czasu na pisanie piosenki, ale kiedy pierwsze emocje po powodzi opadły, nagraliśmy piosenkę.
Nagraliśmy parę numerów z KASĄ. Bardzo dużo się dzieje i jesteśmy cały czas aktywni. Teraz pracujemy nad nowym krążkiem. W następnym roku anYkara będzie obchodziła osiemnastkę. Te piosenki bardzo mocno żyją w sieci. Z tego co widzimy, ludzie wracają do naszej pierwszej, debiutanckiej płyty.
- Ile macie w swoim repertuarze autorskich piosenek?
Andrzej - Włoskich akurat niewiele, bo trzy, ale polskich już w sumie trzydzieści parę piosenek. Mamy więc z czym wyjść na scenę, a my to kochamy. Nawet jeśli trzeba wyjść na scenę po przejechaniu 700 km, albo ma się 2–3 koncerty w jeden dzień.
- Muszę Was zapytać o stylizacje sceniczne. Karina, sama projektujesz to, w czym wyjdziesz na scenę?
Karina - Tak, tak. Projektuję. Andrzej również projektuje. Sami wymyślamy to, w czym wychodzimy na scenę. Do niedawna jeszcze szyłam sama stroje - maszynka i lecimy (śmiech). Od dwóch lat wspiera mnie na tym polu krawcowa Joanna Marczuk, której przekazuję projekty. Ona szyje, więc dzięki temu ja mogę robić więcej innych rzeczy.
- Ile masz w szafie scenicznych kreacji?
Karina - Myślę, że kilkanaście. A Andrzej świetnie wykrawa (śmiech). Nasze stylizacje oczywiście współgrają ze sobą na scenie, bo jesteśmy przecież duetem.
Andrzej – Generalnie czujemy się artystami, bo działamy w różnych dziedzinach: kompozycja, teksty, produkcja muzyki i teledysków, projektowanie, krawiectwo
- Czy zdarza się Wam odmawiać występów?
Karina - Jeśli dysponujemy wolnym terminem to nie. Nieważne ile ludzi nas słucha i gdzie. Jeśli jest się artystą i kocha się to co się robi, to szanuje się publiczność.#
- Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Agnieszka Groń
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Wysłuchałem minutę trzydzieści sześć tego cudu i dziękuję. Nie trawię pitolenia.
Mocny jesteś! Ja po kilku taktach wyrwałem słuchawki.Uszy zostały....
:)))))
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Mój dyrektor nie wygląda na mściwego tylko na pedrylla bo nosi koszule w kwiatki.
Przed wejściem do bloku dopadł mnie rozpromieniony gościu spod 6: – Jest radość panie sąsiad! Tyle com grzybów nakosił, to już dawno było. Patrz sąsiad. – pochwalił się dwoma koszami, wypełnionymi bezkształtną różnokolorową masą. – A cóż to takiego? – zapytałem wskazując ową zawartość. – To jeno połowa, resztę mam w bagażniku. Patrz pan, to MIODOWNIK, to KICAK a to BLASZKOWNIK NIESKROMNY. Ten, zobacz pan, jaki kształtny RUDZIAK. Śliczne, prawda? Nie potrafiłem zająć stanowiska co do kształtności RUDZIAKA i tylko z wrodzonej grzeczności zapytałem – A co z tym można zrobić? On chyba tylko na to czekał. Tak pod klatką cztery godziny zbałamuciłem słuchając jego wykładu o korzystności grzybobrania, na wszelkie aspekty ziemiańskiego żywota. W domu zaś Żona oświadczyła, że jak chcę obiad to mogę sobie iść do tego sąsiada, na grzybową. Miał być barszczyk, ale na czas nie przyniosłem buraczków. Mimo rodzinnej KWASOTY, to ten spod szóstki jednak mnie zaintrygował tymi grzybami i rano odpaliłem mój MIEDZYGALAKTYCZNY BOLID. Odleciałem na Mierzeję i bezgłośnie wylądowałem opodal Jantarowego lasu. Wcale nie byłem pierwszy z tym pomysłem. Jak wszedłem w młodnik, to takich jak ja, zaopatrzonych we wszelakie kosze, wiadra i koziki, to było ze 130, razem z Ludziackimi Samicami. Każden jeden i każda jedna, ino spode łaba nienawistnie łypał na drugiego przekrwionymi ślipiami. Las cały był zaparowany od płucnych wyziewów. Zgrzyt próchniczych zębisk zagłuszał chrzęst ściółki leśnej, tratowanej ciężkimi stopiskami grzybiarzy. Zaczęło się. Dwie jejmościanki rozsiadły się na przenośnych zydelkach i jęły rozdrapywać haczkami ściółkę. Spłoszone robactwo czmychnęło na boki. Oblazło postronnych, tych zainteresowanych robotą Samic. Wiadra i nożyki wypadły z rąk, bo trzeba było się przecież oganiać. Bieganina, przewroty w tył i przód to tylko mniej wyszukane formy ekwilibrystyczne, jakie tu zobaczyłem. Oddaliłem się i tylko mnie się wydawało, że to tylko w moją upatrzoną stronę. Tam było ich trzech. Zrozumiałem, że ja kolejny do ich brydża nie pasowałem. Wycofałem się i natknąłem się na jakiegoś tetryczaka. Patrzył jakoś dziwnie. Mimo to przyjaźnie zagadnąłem, tak mi się wydawało: – Ja w tej okolicy to pierwszy raz i zbytnio na grzybach się nie znam. Mógłby pan udzielić szkolenia, coś doradzić? – zapytałem. – Ależ oczywiście. – oblizując się odpowiedział – Ten CZERWONIAK KROPKOWANY, to najsmaczniejszy, można go nawet na surowo schrupać. I poprowadził mnie w las zachwalając PODRÓŻOWIONEGO KAPELUSZNIKA dziwnie pachnącego. Długo się rozwodził nad SELEDYNIAKIEM KROPKOWCEM, że taki dobry na wzrok i komórki rozumowe. Wspomniał też o rozkoszności dla podniebienia, jaką daje spożywanie PAPIERZAKÓW. Trochę tego wykładu po godzinie miałem dość i grzecznie pożegnawszy się a zaopatrzony w wiedzę, poszedłem ku wydmie. Zagadkowo się chichrał jak się oddalałem. Tych CZERWOŃCÓW, SELEDYNIAKÓW I KAPELUSZNIKÓW, to nazbierałem dwa ciężkie wiadra. Żeby w powrocie sobie nieco ulżyć, postanowiłem podelektować się ZBIOREM. Ledwo się doczołgałem do BOLIDA. Mój kombinezon biogeniczny z jakiegoś powodu odmówił współpracy z moją osobą. Jakoś tak posiniał i trochę się wzdął. Całe szczęście, ze w BOLIDZIE miałem drugi zapasowy. Przeć Małżonka by mnie nie rozpoznała, gdybym się jej objawił w swym naturalnym jestestwie. Prawie zdechnięty po północy zjawiłem się w domu a zaspana Połowica mruknęła z fotela, gdym się krył lekko niedysponowany do łazienki: – A o biletach na DEPESZÓW będziesz pamiętał? - Co mnie tam DEPESZE. Na tronie zrozumiałem, o co idzie z tymi „emocjami jak na grzybach”. Nie prędko się na nie wybiorę. Może w przyszłym roku? Tak, zbyt wiele tych emocji jak na mnie, zdecydowanie.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Obejrzałem zdjęcia. Ja pierdolę! Groza!
Wysłuchałem minutę trzydzieści sześć tego cudu i dziękuję. Nie trawię pitolenia.
Mocny jesteś! Ja po kilku taktach wyrwałem słuchawki.Uszy zostały....
:)))))