Reklama

Kuba, czyli powrót do przeszłości. Wywiad z werbistą Sylwestrem Wydrą

Pochodzący z Bielic (gm. Łambinowice) werbista Sylwester Wydra świętował 20–lecie święceń kapłańskich. Jubileusz obchodził w swoim parafialnym kościele w Bielicach, bo obecnie przebywa na urlopie. Do ojczyzny przyleciał z Kuby, gdzie jest proboszczem parafii w mieście Morón

„Nowiny Nyskie” - Kuba to nie pierwsze miejsce pracy misyjnej Księdza. Jakie były pierwotne kierunki wyjazdów?
Ojciec Sylwester Wydra - Wstępując do zgromadzenia werbistów robiłem to z myślą i z zamiarem, że prędzej czy później wyjadę na misję. Już dwadzieścia lat temu miałem pierwsze przeznaczenie misyjne do Demokratycznej Republiki Konga.

- Ksiądz chciał wyjechać do Afryki, czy zdecydowali o tym przełożeni zakonu?
- Jedno i drugie. Werbiści mają możliwość wyboru, zaproponowania, gdzie chcieliby pracować. A pracujemy - jesteśmy obecni - teraz już w 74 krajach na całym świecie. Jeszcze przed święceniami można było wskazać trzy możliwości, więc ja wskazałem „swoje kierunki” w następującej kolejności: Papua Nowa Gwinea, na drugim miejscu Kongo, na trzecim miejscu – ogólnie Afrykę. W ten sposób trafiłem do Demokratycznej Republiki Konga i spędziłem tam pierwsze pięć lat swojej posługi w Afryce.

Reklama

- Czy ksiądz potwierdzi często powtarzane sformułowanie, że Afryka ma to do siebie, że pobyt na tym kontynencie sprawia, że zostaje to w człowieku na zawsze?
- Rzeczywiście. Afryka nie wychodzi z człowieka. Ja mam tak do tej pory. Wczoraj na mistrzostwach świata był mecz, w którym Kongo zremisowało z Portugalią. Oczywiście kibicowałem swoim (śmiech). Pobyt w Afryce zostawia ślad, bo z jednej strony doświadcza się i obserwuje biedę, a z drugiej żyje się w młodym, dynamicznym Kościele.

- Wyobrażam sobie, że pobyt w Afryce jest jednak trudny dla Europejczyka, chociażby ze względu na klimat.
- Tak. Po pięciu latach powróciłem więc do Europy. Jako że studiowałem w Niemczech, w niemieckiej prowincji, więc powróciłem do Niemiec. Byłem dwa lata odpowiedzialny za animację misyjną. Spotkałem się z naszymi dobrodziejami - z ludźmi, którzy nas wspierają. To były też spotkania w szkołach, z młodzieżą i w kościołach, propagowanie naszych czasopism, a także opieka i kontakt z dobrodziejami misji. Czyli praca z ludźmi cały czas. Tym zajmowałem się przez dwa lata, mój organizm fizycznie się trochę zregenerował. Po tym czasie poprosiłem o możliwość powrotu do pracy duszpasterskiej. Skierowano mnie do pracy w Dreźnie.

Reklama

- Czyli bardzo niedaleko – także od domu w Polsce…
- Tak. To landy po byłej DDR. Jest tam bardzo mało katolików – ok. 3 proc. Z drugiej strony tamtejszy Kościół jest bardzo rodzinny, wszyscy się znają i bardzo przyjemnie tam się pracowało. Tam także spędziłem 5 lat.
Zrodziła się jednak we mnie myśl, żeby jeszcze raz spróbować, ale już nie w Afryce tylko w naszej prowincji Meksyk - Kuba. Po pewnych konsultacjach napisałem do prowincjała w Meksyku informację, że jestem zainteresowany. Dostałem odpowiedź, że po nauce języka hiszpańskiego będę pracował na Kubie. Pojechałem najpierw na naukę języka hiszpańskiego do Meksyku. Było to w czasie pandemii, więc nie było łatwo. Po pierwsze, nie było łatwo wyjechać, a po drugie, nie było łatwo się uczyć, bo wszystko było zamknięte, nauka odbywała się online, na uniwersytecie, na którym nigdy nie byłem. W Meksyku byłem przez dziesięć miesięcy i później też z trudnościami - lotem humanitarnym dostałem się na Kubę.

- Jakie były pierwsze wrażenia Księdza?
- Pierwsze pięć dni przebywałem na kwarantannie, w klasztorze sióstr w Hawanie. Widoki były piękne - na morze. Pierwsze wrażenie, jakie odnosi się lądując na Kubie to hasło: „Powrót do przeszłości” – polskiej, komunistycznej przeszłości. Prawo jazdy robiłem na maluchu, a tam właśnie po drogach jeździ bardzo dużo tych samochodów. Na drogach można jeszcze zobaczyć stare amerykańskie auta. Pomyślałem, że to ciekawe, że turyści płacą bardzo dużo pieniędzy, żeby zobaczyć taki skansen. Kubańczycy nie mają innego wyjścia, bo po prostu nie ma innych aut – system, w którym żyją nie pozwala, żeby sprowadzić do kraju inne pojazdy. To, co robili, to często wymieniali silniki na nowsze. Kubańczycy są bardzo pragmatyczni i kreatywni. Potrafią sobie radzić.

Reklama

- Żyją w komunie, więc chyba muszą sobie radzić…
- Na Kubie jest ogromny problem z prądem i paliwem, zwłaszcza po ostatnich sankcjach. Proszę sobie wyobrazić, że niektóre maluchy jeżdżą na… węgiel drzewny. To nie żart! Można nawet zobaczyć to w internecie.
Jeżeli rodziny mają kogoś ze swoich za granicą jakoś sobie radzą. Ale jest też wielu, którzy nie mają takiego wsparcia i muszą żyć z tych wypłat albo z tych środków, które tam mają do dyspozycji i to wtedy jest rzeczywiście ciężko. Kupują w sklepach to co akurat w nich jest. Kubańczycy cały czas dostosowują się do sytuacji, w której się znajdują. Młodzież często nie widzi sensu pracy, bo po prostu praca straciła wartość. Pracując zarabia się średnio pięć tysięcy peso, a lekarz zarabia dziesięć tysięcy. A teraz podam przykładowe ceny artykułów żywnościowych. Karton jajek, w którym znajduje się trzydzieści sztuk kosztuje trzy tysiące trzysta peso, a butelka oleju tysiąc siedemset. Średnia emerytura wynosi trzy i pół tysiąca. Nie będę już wspominał o astronomicznych cenach mięsa. To jest życie w skrajnym ubóstwie.
Dlatego my, jako Kościół, we wszystkich parafiach, w których jesteśmy mamy tak zwane „comedor”, czyli po prostu kuchnię dla biednych. U mnie w parafii jest taki posiłek wydawany w tygodniu. Korzysta z niego ponad sto siedemdziesiąt osób. Zaopatrzenie dostajemy głównie z Caritasu. Jeżeli „rzucą” do sklepu mięso mielone no to trzeba kupić tyle, żeby po prostu było, bo później nie będzie. A jak jest kurczak, to też trzeba go kupić, bo później nie będzie. Czyli rzucają towar jak u nas za komuny.
Co prawda nie ma kartek, ale jest tak zwana libretta, czyli zeszycik, w którym jest zapisywane co zostało sprzedane.

- Czy na wsi jest łatwiej przetrwać jeśli uda się zebrać zbiory?
- Z tymi uprawami jest ciężko, bo ludzie oduczyli się po prostu uprawiania ziemi skoro wszystko trzeba było oddać państwu. Oczywiście prowadzony jest zbiór, chociażby bananów. Co jedzą Kubańczycy? Ryż, ryż, dużo ryżu. Posiłki nie są urozmaicone – są takie, żeby zaspokoić głód.
Na wsiach istnieją kołchozy. Czasami przejeżdżając ma się wrażenie, że to jest jeden wielki kołchoz – wszystko należy do państwa. Samemu można uprawiać ziemię, ale trzeba wszystko albo prawie wszystko oddać państwu, a w związku z tym często ziemia leży odłogiem. Jednocześnie Kuba jest piękna – to piękne plaże, piękne miasta.

Reklama

- Czy Kubańczycy buntują się przeciwko władzy, która ich tak gnębi? Czy są bunty, o których my Europejczycy nie słyszymy w mediach?
- Oczywiście, że są, ale za te bunty są potworne kary, więc ludzie zastanawiają się, czy to ma sens. Nie chcą ryzykować tego, co mają. Boją się donosów, np. ze strony sąsiada. Dodam, że Kubańczycy nie wszędzie mają dostęp, np. na wstęp na plażę muszą prosić o pozwolenie, bo to jest obszar turystyczny. Obywatel Kuby nie może wypływać na morze i łowić ryby. Za to można dostać 20 lat więzienia. Jest także olbrzymi problem z ropą i prądem. Prąd jest może przez jedna godzinę na dobę. Na ropę są przydziały państwowe, ale one na niewiele wystarczają. Osoby prywatne zapisują się na przydział ropy i… czekają. Teraz te zapisy odbywają się za pomocą aplikacji. Mój rekord stania w kolejce za paliwem to 14 godzin! Mogłem wtedy zatankować 40 litrów. Można paliwo kupić „na lewo”, ale po cenach po prostu zawrotnych. Wyjeżdżając teraz na urlop musieliśmy dojechać do Hawany, a w związku z tym kupiliśmy 30 litrów paliwa, za które zapłaciliśmy 60 tysięcy peso. Czyli to jest 6 wypłat lekarza, chirurga. Brak paliwa powoduje m.in., że w miastach jest olbrzymia ilość śmieci, bo nikt ich nie wywozi. Do tego walące się domy, bo z kolei nikt nie ma ani pieniędzy, ani możliwości ich remontować.

- Jakie są kubańskie rodziny? Liczne, wielopokoleniowe?
- Rodzina ma duże znaczenie dla Kubańczyków, są bardzo zżyci. Rodzi się sporo dzieci, ale jednocześnie małżeństwa jako takie „kuleją”. Oni raczej się schodzą, mają dzieci, mężczyzna odchodzi do innej kobiety, z którą ma kolejne dzieci. Często nie ma tam żadnego instytucjonalnego połączenia.
Kiedy młody człowiek idzie na studia - oczywiście państwowe - to pierwszymi zajęciami na każdym kierunku jest indoktrynacja. Wybór kierunku następuje na podstawie ocen. Jeśli młody człowiek ma dobre oceny to zazwyczaj idzie na medycynę. Kubańscy lekarze mają bardzo dobrą renomę. Lekarze są wysyłani za granicę i pracują tam dla państwa.

Reklama

- Czy taki lekarz może zrezygnować ze współpracy z rządem?
Oczywiście, że może. Tylko on ma świadomość, że zostawił w kraju swoją rodzinę – dzieci, rodziców… i może się im COŚ stać, bo władza wie, gdzie on mieszka.

- Jaki jest kubański Kościół?
- Jestem proboszczem w mieście liczebnie zbliżonym do Nysy. To miejscowość Morón. Tamtejszy Kościół nie jest tak dynamiczny jak w Afryce, ale jest jednak duże zaangażowanie jego członków. Czasami z braku paliwa nie mogę wszędzie dojechać, ale zawsze znajdzie się osoba świecka, która wszystko na miejscu zorganizuje. Zaangażowanie świeckich jest naprawdę duże, cały czas coś się dzieje. Oprócz posługi duszpasterskiej organizujemy też życie parafii, chociażby poprzez organizację bezpłatnych korepetycji dla dzieci. Na każdym polu jest tutaj dużo pracy.

Reklama

- Dziękuję za rozmowę

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 04/07/2026 10:26
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo nowinynyskie.com.pl




Reklama